Panel dyskusyjny "Jak pomagać z głową? Efektywność projektów współpracy rozwojowej"

05.10.2011

Grupa Zagranica była gospodarzem sesji „Jak pomagać z głową? Efektywność pozarządowych projektów współpracy rozwojowej”, organizowanej w ramach VI Ogólnopolskiego Forum Organizacji Pozarządowych. Na postawione w tytule pytanie odpowiadali przedstawiciele organizacji członkowskich Grupy Zagranica: Grzegorz Gruca z Polskiej Akcji Humanitarnej, ks. Adam Parszywka z Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego, Paweł Bagiński z Fundacji Batorego oraz Martyna Michalik z Fundacji Edukacja dla Demokracji.

Wielkość vs. jakość?

Moderator panelu, Michał Olszewski z Tygodnika Powszechnego, rozpoczynając dyskusję przytoczył cytat z popularnej ostatnio książki Lindy Polman „Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej”. Autorka krytykuje w niej system pomocowy, między innymi za niesprawiedliwą dystrybucję żywności, nieadekwatne zarobki pracowników humanitarnych, kosztowną administrację projektów czy brak zapewnienie bezpieczeństwa pracownikom w terenie. Z podobnymi krytycznymi opiniami spotkać się można również wśród Polaków. Niestety, rzadko kiedy powyższa krytyka poprzedzona jest pytaniami o to, na co i jak Polska wydaje pieniądze na pomoc. „Właśnie na tym organizacjom rozwojowym zależy, aby Polacy mieli dostęp do informacji odnośnie polskich działań pomocowych – ich jakości, rezultatów, sukcesów i porażek” – komentuje Martyna Michalik.

Grzegorz Gruca z Polskiej Akcji Humanitarnej w odpowiedzi na krytyczne uwagi autorki „Karawany kryzysu” przytoczył przykład z misji humanitarnej w Sarajewie. Kamizelka kuloodporna stanowiła tam podstawę ekwipunku pracownika humanitarnego pomagającego na terenie konfliktu zbrojnego. Jednak ta przykładowa kamizelka stała się również symbolem dystansu pomiędzy osobą pomagającą a osobą otrzymującą pomoc. Dystans ten utrudnia nawiązanie kontaktu, a także wzmacniać może „brak równowagi” w relacji między człowiekiem w kamizelce i bez. Pracownicy humanitarni nieustannie stawiani są przed dylematami, wynikającymi z różnicy w standardach ich życia i pracy a sytuacją społeczności, z którą pracują. Problem ten związany jest z kolejną uwagą krytyczną wobec sektora pomocowego. Spotyka się on z zarzutem rozbudowanej biurokratyzacji, pochłaniającej pieniądze, które mogłyby być przeznaczone na realną pomoc. Zarzut ten dotyczy przede wszystkich dużych, międzynarodowych organizacji. Ich system administracji jest tak rozbudowany, że organizacja traci na mobilności i elastyczności, „oddala się od człowieka” – jak zauważył ksiądz Adam Parszywka z SWM. Działania prowadzone są na dużą skalę, a projekty powielane, co jest zaprzeczeniem kolejnej zasady efektywności pomocy – dostosowaniu działań do lokalnych potrzeb. Z drugiej strony – organizacje te posiadają ogromne doświadczenie, wykwalifikowanych pracowników, niezależny kapitał finansowy i – co najważniejsze – dużą siłę polityczną.

Martyna Michalik zauważyła, że w Polsce nie możemy mówić o takich organizacjach, jak na Zachodzie. „Polski sektor rozwojowy to przede wszystkim młode organizacje, pełne entuzjazmu i inicjatywy. Koszty ich funkcjonowania są stosunkowo niskie. Inaczej sytuacja wygląda jeśli dysponujemy wysokiej klasy ekspertami, którzy pracują 24 godziny na dobę, w trudnych warunkach, znają kilka języków, posiadają wysokie kompetencje społeczne i międzykulturowe, itp. Te osoby też muszą być opłacane, więc nie możemy obawiać się tego, że działania pomocowe wymagają dużych kosztów osobowych, administracyjnych i przeznaczonych na ewaluację. Od tego również zależy jakość pomocy” – podsumowała Martyna Michalik.

Moderator debaty Michał Olszewski wskazał na pewien paradoks: im więcej mniejszych organizacji pomocowych, tym trudniej o odnalezienie wspólnych celów. Ponadto, pojawia się walka organizacji o przestrzenie przynoszące pieniądze, kontrakty. Z drugiej strony, im silniejsze organizacje, tym większe ryzyko biurokratyzacji, sztywności, koszty, itp. Jak znaleźć równowagę?

Ksiądz Parszywka zwrócił uwagę na korzyści płynące z rywalizacji, takie jak nauka i stałe podnoszenie kompetencji. „ Żeby dobrze pomagać trzeba zdobyć doświadczenie. Jak w każdej branży. Ponadto trzeba mieć dużo dystansu i samokrytycyzmu. Często wolontariusze chcą szybko zaspokoić swój poryw sumienia i pragnienia, by pomagać. To oni najczęściej doświadczają frustracji i szybkiego wypalenia”.

Bezinteresowność vs. skuteczność?

Podczas debaty padło jeszcze trudniejsze pytanie „Jak nie zabijać pomocą?”. Zdarzają się bowiem i takie projekty, które służą raczej dawcom pomocy niż beneficjentom. Taka sytuacja miała miejsce w Ugandzie, który to kraj w 2001 roku otrzymał „znaczącą pomoc żywnościową” w postaci… hektolitrów oleju. Pomoc była tak znacząca, że na kilka lat uniemożliwiła działalność miejscowym manufakturom, zajmującym się produkcją oleju. Prawdopodobnie ta „fasadowa pomoc” była sposobem na pozbycie się rezerw oleju.

Ksiądz Parszywka przytoczył dane mówiące o tym, że w latach 1983-89 Zachód wyciągnął z Południa 90 mld dolarów. Obecnie, na terenach Afryki o dostęp do rynku i zasobów naturalnych konkuruje ze sobą co najmniej 3 światowych aktorów, którzy wychodzą z pomocą ze względu na oczekiwaną przychylność i wzmocnienie wizerunku. Rozwiązaniem nie jest tutaj rezygnacja z udzielania pomocy, ale stały monitoring przekazywanych przez dany rząd środków, rzecznictwo i nacisk na analizę efektywności poszczególnych projektów. „W skali światowej wielkości środków nie przybywa, za to od kilku dekad przybywa instytucji i krajów, które pomagają.” – zauważył Paweł Bagiński – „Często robią to na własną rękę, bez koordynacji z innymi dawcami, bez pytania o opinię biorców pomocy, bez dopasowania do lokalnych potrzeb. Efektywność takich działań diametralnie spada”. Paweł Bagiński przytoczył ciekawą praktykę, którą stosuje jedna z większych organizacji – każdy z pracowników raz w roku przez jeden tydzień musi żyć jak osoby, którym pomagają. Dzięki temu doświadczeniu lepiej rozumieją kontekst życia tych osób, ich potrzeby, są bardziej otwarci na uwzględnienie ich perspektywy.

Monika Matus, specjalistka do spraw polityki rozwojowej Grupy Zagranica, zwróciła uwagę, że nie ma bezpośredniego związku między bezinteresownością a skutecznością. Jedno nie gwarantuje drugiego. „To, że jesteśmy NGO’s nie gwarantuje, że będziemy bardziej skuteczni niż umowy handlowe Chin z Afryką”. Inną kwestią jest to, czy w ogóle sektor pozarządowy jest potrzebny. Przykład Brazylii pokazał, że zmiany dokonały się poprzez reformy, bez udziału NGO’s. W odpowiedzi Paweł Bagiński zwrócił uwagę, że nowi donatorzy, tacy jak Chiny, często proponują proste recepty na skomplikowane problemy. Ich efekty są krótkoterminowe, a w dłuższym okresie mogą być niekorzystne dla kraju. „Oferta Unii Europejskiej czy USA byłaby bardziej wymagająca, nie dawałaby efektu od razu. Ale jeśli biorcy pomocy zgadzają się na szybkie rozwiązania – nie można im tego zabronić. Natomiast bardzo ważne jest, by wzmacniać ich świadomość odnośnie efektywności i długoterminowych rezultatów poszczególnych projektów”.

Współpraca rozwojowa jest właśnie tym narzędziem, które może zminimalizować liczbę katastrof humanitarnych. Jak zauważył Grzegorz Gruca: „Jeśli budowalibyśmy odpowiednią ilość studni, obecna klęska głodu nie miałaby miejsca. Niestety, nie ma woli politycznej, by finansować takie profilaktyczne projekty. Dopiero gdy na ekranach telewizorów pojawiają się umierające dzieci, wszyscy politycy otwierają rezerwy, uruchamiają żywnościowe zapasy i czyszczą sobie magazyny i sumienie jednocześnie”. Taką pomoc można nazwać „polityczną”. Według Pawła Bagińskiego z faktem „upolitycznienia pomocy” sektor pozarządowy musi się pogodzić. Nawet jeśli rządy mówią o bezinteresowności, zawsze pomoc rozwojowa będzie narzędziem politycznym, w którym interesy i kontakty poszczególnych państw mają znaczenie. To od nich zależy wybór krajów priorytetowych dla działań pomocowych. Każdego roku organizacje pozarządowe zrzeszone w Grupie Zagranica starają się wpłynąć na decyzje MSZ w tym zakresie, między innymi lobbując na rzec zwiększenia środków na pomoc Afryce Subsaharyjskiej. Niestety, wciąż pomoc ta to zaledwie kilka procent z całej puli przeznaczonej na współpracę rozwojową. Jak zauważył Paweł Bagiński, w idealnym świecie o tym kto i gdzie ma pomagać powinni decydować biorcy pomocy, wybierając organizację lub kraj, od którego chcą otrzymać pomoc. Póki co pomoc jest „narzucana” z góry.

Nasze vs. wasze?

Udział społeczności lokalnej jest kluczem do tego, by pomoc była trafna. Przykładowo: dostarczanie infrastruktury jest zadaniem stosunkowo łatwym i – jeśli w danym kraju nie ma konfliktu zbrojnego – trwałym. Jednak sztuką jest nadanie nowej instytucji jakiegoś biegu, rytmu, aby posiadała zdolność do utrzymania się. Projekt budowy studni czy szkoły daje rezultaty, które mogą być uwidocznione na zdjęciu. Studnia działa do „pierwszej pękniętej uszczelki”, ponadto może wyschnąć, jeśli woda nie będzie reglamentowana. Budowa studni to dopiero początek, wymagane jest zaangażowanie całej społeczności w jej obsługę i konserwację. Dlatego też PAH w swoich projektach uwzględnia powstawanie tzw. „komitetów wodnych”, które opiekują się nowopowstałymi studniami. Komitety zakładają równy udział kobiet, co czasem spotyka się z niechęcia ze strony społeczności. W takich sytuacjach PAH stawia warunek: jeżeli chcecie studnię, kobiety muszą być obecne w komitecie, gdyż to one są zwykle odpowiedzialne za dostarczanie wody. Paneliści nie byli zgodni co do kwestii stawiania warunków. Ksiądz Parszywka proponował, by w sytuacjach oporu przed przykładowym równouprawnieniem wstrzymać się od realizowania projektu, poczekać aż społeczność przemyśli i samodzielnie dojrzeje do wprowadzenia parytetu. Z kolei Martyna Michalik zwróciła uwagę, że realizując projekty wkraczamy na teren odmiennej kultury, tradycji, wartości. Jako gości obowiązuje nas pełne poszanowanie lokalnych zasad. „Nie możemy przyjeżdżać z lepszym pomysłem na życie” – podkreśla.

W przypadku kataklizmów humanitarnych nie ma czasu na dyskusję i stawianie warunków. Z kolei współpraca rozwojowa wymaga cierpliwości, roztropności i ostrożności przy podejmowaniu decyzji. Często najtrudniejszą z nich jest powiedzenie „stop”. Grzegorz Gruca przytoczył przykład Czeczeni, w której PAH prowadził przez wiele lat misję, której celem była miedzy innymi dystrybucja wody. Inne duże organizacje takie jak UNICEF i ECHO dostarczali wodę za darmo, przez co państwo rosyjskie nie czuło się zobowiązane do odbudowania wodociągów. Za to w Groznym powstał aqua park. To był moment, w którym NGO’s powinny się wycofać, gdyż zaczynały zastępować sektor państwowy w ich obowiązkach względem obywateli. Inaczej rzecz wygląda w przypadku projektów miękkich, których celem jest wzmocnienie instytucjonalne, transfer wiedzy lub wprowadzenie zmiany społecznej. „Rzadko kiedy organizacje mówią, że pomocy już nie potrzebują, bo są samodzielni albo mają lepszych partnerów. Wszystko zależy od tego, o jaki poziom zmiany chodzi beneficjentom – czy o poprawę dostępu do przedszkoli w konkretnej wsi czy o zmianę prawną” – zwróciła uwagę Martyna Michalik.

Dobrym podsumowaniem debaty są słowa księdza Parszywki: „Nikt z zewnątrz tak nie pomoże jak osoby z wewnątrz. Największa siła do zmiany jest w nich samych. Projekty powinny rozpoczynać się od tego, jak beneficjenci sami mogą poprawić swoją sytuację”. Często wystarczy niewiele, by uświadomić lub uruchomić potencjał danej społeczności. Warto mieć to w pamięci zanim zaplanujemy kolejny projekt na rzecz rozwoju.

Żródło: Grupa Zagranica